poniedziałek, 5 grudnia 2011

"Szpital, szpital - dla Medyk 5"

Kęty-Nowa Huta Expedition rozpoczęła się popołudniową porą w piątek, 2 grudnia. Korek w Andrychowie natchnął nas do rozpoczęcia obserwacji w  celu napisania pracy badawczej na temat „Wpływ korków andrychowskich na generowanie agresji i przemocy wśród kierowców na drodze krajowej nr 52″ oraz „Wpływ pory roku na rodzaj dźwięków w autobusie” (mnóstwo osób kichało i smarkało).
Już na „dzień dobry” czekała nas symulacja w małych zespołach, a na późniejszych zajęciach sami mogliśmy się też wcielić w role poszkodowanych. Noc była oczywiście długa i nie brakowało śpiewu i rozmów do późna, więc w sobotę maszerowaliśmy na Międzyszkolny Basen Pływacki dość zaspanym krokiem. Tam nauczyliśmy się podstaw ratownictwa wodnego, a od samego początku zajęć prowadziliśmy resuscytację poszkodowanego na zmianę tak, że czasami trzeba było kilka razy wyskoczyć z wody i zastąpić kogoś przy masażu lub wentylacji.
Dalsze sobotnie zajęcia nauczyły nas transportować poszkodowanych na deskach i podbierakach, kwalifikować poszkodowanych wg skali AVPU, mierzyć tętno oraz zakładać rurki ustno-gardłowe i stosować tlenoterapię przy użyciu butli tlenowej lub worków samorozprężalnych (ambu). Zdobyte umiejętności mogliśmy przećwiczyć na symulacjach.
Nie zabrakło też gier. Pierwsza z nich miała na celu zaplanowanie i przeprowadzenie Wędrowniczego Kursu Pierwszej Pomocy. Musieliśmy odnaleźć instytucje, do których należy się zwrócić i we właściwy sposób pozałatwiać z nimi sprawy. Niektóre grupy były tak zakręcone, że zorganizowały i rozliczyły kurs bez zebrania wpłat od uczestników (sic!). 
Chyba najbardziej zapamiętamy sobotnią wieczorną grę ratowniczą. Podzieleni w pięć zespołów mieliśmy za zadanie ewakuować z terenu przy Nowohuckim Centrum Kultury poszkodowanych w wyniku ataku terrorystycznego, ponieważ było zagrożenie kolejnego wybuchu. Mglista sceneria i nieznany teren dodały pikanterii poszukiwaniom. Dwie deski i jeden podbierak nie były wystarczającą ilością sprzętu do przeniesienia wszystkich poszkodowanych, więc komunikacja radiowa aż huczała, a zespoły rozdzielały się do pomocy przy transporcie.
Nigdy nie zapomnę przeczesywania terenu w dwuosobowym zespole w totalnej mgle, gdy z komunikacji radiowej wynikało, że udzielono pomocy 9 osobom, a przypuszczalnie w okolicach obiektu znajdowało się ich 10. W głowie pojawiła się myśl, że przydałyby się psy poszukiwawcze… Jednak ostatecznie 9 znalezionych osób było liczbą wszystkich odnalezionych i zostaliśmy wycofani z terenu z powodu zwiększonego ryzyka wybuchu.
Późnym wieczorem czekała nas uczta mandarynkowo-czekoladowa i każdy otrzymał mały upominek od organizatorów – bombkę na choinkę ze swoim imieniem.
W niedzielę moje życzenie odnośnie psów się spełniło, gdyż ostatnie zajęcia były prowadzone przez… Grupę Poszukiwawczo-Ratownicza z Kęt.  (Tak, trzeba było nam pojechać do Krakowa, by zobaczyć te szpetne, znajome twarze). Zajęcia przybliżyły nam pracę Grupy, szkolenie psów, pracę z psami w czasie akcji. Mieliśmy też okazję zobaczyć pokaz sekcji wysokościowej.

Maria:
Ogólnie fajne doświadczenia ratownicze: jeżeli ktoś wiąże z tym przyszłość, to dostał jakby zarys różnych dziedzin medycznej pomocy, więc ma już jakiś wybór  . Poza tym fajne zajęcia na basenie: jednocześnie ruch, troszkę higieny no i podstawy podstaw wiedzy o ratowaniu ludzi nad morzem, na basenie i te sprawy. Zawsze jesteśmy bogatsi o taki eksperyment  Do tego towarzystwo: no lepszego się wybrać nie dało, sami świetni przystojni harcerze i przemiłe harcerki: patrząc na to punktu widzenia dziewczyny  Obiad: przepyszny, sos pieczarkowy pierwsza klasa! Sałatka też świetna, tak jak i mięso oczywiście  Niezłe koszulki i wisienka na torcie: psy ratownicze!! Z jednym się zakumplowałam, więc już ogóle super  ) Poza tym podciąganie w giętkich ,,sankach” ratunkowych pod sam sufit w pozycji pionowej przez takich miłych i rozmownych ratowników nie zdarza się często!! Pozytywnie jak nic 
Sądzę, że tegoroczne warsztaty dostarczyły nam ogromnych wrażeń i nie tylko pogłębiły naszą wiedzą, ale też zmotywowały do dalszego zgłębiania szerokiego tematu ratownictwa.
Za rok też pojedziemy, może razem z Tobą (jeśli tylko odbędziesz kurs)?

W tegorocznych warsztatach uczestniczyły z Hufca Kęty druhny: Hanna Urbańczyk i Maria Kołodziejczyk z V DW „CHAOS”.
(fot. Mariola Korus i GPR Kęty)
H.

niedziela, 20 listopada 2011

Druga strona rzepki

W związku z zakończeniem II Kursu Kadry Kształcącej zaczęły mnie nachodzić szaleńcze myśli z szuflady opatrzonej napisem „Nie tykać się tego przed maturą!”, czyli warsztaty dla kadry. Sierpniowe warsztaty może nie zachwycały frekwencją, z perspektywy czasu i dokonanej ewaluacji widzę niedociągnięcia, na które dzisiaj zwróciłabym specjalną uwagę przy kolejnej formie kształceniowej.
Ostatnio jestem pytana, najczęściej przy okazji kontroli prób wędrowniczych, prób na stopnie – „czy czasem nie planuję jakiegoś kursu? warsztatów?” – nie myślcie, że moja negatywna odpowiedź nie zasiała w mojej głowie ziarna wątpliwości. W końcu nie robiłam kursu kadry kształcącej dla ładnego dyplomu na ścianę i wpisania w CV enigmatycznej nazwy „kurs członków zespołów trenerów NGO”, ale po to, by zdobyte wiadomości wykorzystać w nowym polu służby dla hufca. A widać, że to pole służby jednak jeszcze nie fruwa i nie błyszczy. Przynajmniej nie robi tego zauważalnie.
Gdy próbuję sobie wyobrazić jak wygląda teraz planowanie mojego czasu przypomina mi to słynną „rzepkę z Familiady”. Z jednej strony są rzeczy, które MUSZĘ zrobić: obowiązki, które nakłada na mnie szkoła i rodzina; role, które muszę pełnić wśród ludzi. Drugą stronę rzepki ciągną rzeczy, które CHCIAŁABYM zrobić: zdać prawo jazdy, dobrze sprawować swoje funkcje harcerskie, dostać się na planowane studia. Każda strona uporczywie walczy o dominację, chce wydrzeć większa część mojego zaangażowania. Jej, nie mogę mieć żalu do świata – nikt nie mówił, że dorosłość jest łatwa.
Tak, warsztaty są jednym z moich stworków ciągnących rzepkę. Jednym z wielu stworków. Niestety napis „Nie tykać przed maturą!” bezlitośnie przypomina mi, że jest jeszcze ta druga strona rzepki.
H.

środa, 2 listopada 2011

Harcerskie Zaduszki

Kiedyś w rozmowach kadrowych wyszło na jaw, że jedna z drużynowych nie ma pojęcia, gdzie jest grób dh. Biesiadeckiego. A było to prawie na fali realizacji zadań plakietki hufcowej, gdzie jednym z zadań było właśnie odnalezienie jego grobu i zapalenie znicza.
Przypomniało mi się to w kontekście tegorocznego Święta Zmarłych. Tak wielu harcerzy i instruktorów zmarło, a tak niewielu żywych ma jakiekolwiek pojęcie o ich działalności harcerskiej. Bardzo rzadko trafiają się na grobach dopiski na temat zawodu zmarłego, a jeszcze rzadziej wzmianki o służbie instruktorskiej. Niełatwo jest więc znaleźć na cmentarzach nieznanych sobie instruktorów, harcerzy.
Mój dziadek był oficerem Wojska Polskiego i odwiedzając jego grób zawsze znajdujemy mały znicz z karteczką oznaczoną symbolem Związku Spadochroniarzy oraz drugi – od Związku Żołnierzy Wojska Polskiego. Przychodzą tam co roku. Nie zapominają. A my? Druhu, Druhno, czy odwiedziliście  przynajmniej dh. Biesiadeckiego?
W słowniku harcerskim funkcjonuje piękne wyrażenie dotyczące umierania – odejść na Wieczną Wartę. Pełnić służbę do końca. Zawsze kojarzy mi się to z ostatnią zwrotką piosenki „Jestem harcerzem”: Nie zamienię tego kawałka chleba, do samego końca aż pójdę do nieba. A tam w mundurkach i krótkich spodenkach, będziemy Boga nosić na rękach. Jeśli miałabym sobie wyobrażać „niebieskie życie” wielu harcerzy, widziałabym je właśnie tak, jak w piosence.
Wracając do dh. Biesiadeckiego, udało mi się dotrzeć do fragmentów wypowiedzi na jego temat. Wspominając wiec tych, którzy odeszli na Wieczną  Wartę, wspomnijmy też patrona naszego hufca.

Z dh. Biesiadeckim zapoznałem się w okresie  od 1956 do 1959 roku w pracy harcerskiej. Był to okres, w którym dh. Biesiadecki organizował  Podhufiec w Kętach. Zaimponował mi w tym okresie swoim zapałem i zmysłem organizacyjnym w pracy z młodzieżą. Cały swój wolny czas poświęcał harcerstwu. Był zawsze spokojny, opanowany i uśmiechnięty. W stosunku do młodzieży wymagający, ale przy tym wyrozumiały, dlatego młodzież harcerska darzyła Go dużym zaufaniem i szacunkiem. Śmierć dh. Mieczysława Biesiadeckiego to olbrzymia strata dla młodzieży i instruktorów Kęt i okolicy. Wielka szkoda, że tak wcześnie odszedł od nas.
ś.p. dh. Kazimierz Sztur – lekarz chirurg

Był moim bliskim sąsiadem, dlatego miałem okazję poznać bliżej tego ciekawego człowieka i podziwiać przez szereg lat wspólnej działalności. W latach mojej harcerskiej młodości pełnił szereg odpowiedzialnych funkcji od drużynowego do członka Komendy Hufca w Oświęcimiu.. Na  obozach dbał zawsze o maksymalne zabezpieczenie warunków bytowych ówczesnych harcerzy. Niezależnie od tego dał się poznać jako znakomity pedagog. W latach późniejszych kiedy ZHP przeszło szereg zmian organizacyjnych nie poprzestał tylko na działalności nauczycielskiej. Przedwczesna śmierć wyrwała go z grona działaczy organizacji, która ma tak piękne i chlubne karty w historii ruchu młodzieżowego Naszej Ojczyzny.
ś.p. dh. Bolesław Wolas

Był mężczyzną w średnim wieku, energiczny, koleżeński, punktualny, dobry organizator pracy lekcyjnej i pozalekcyjnej. Wprowadzał nowe metody nauczania przyzwyczajając młodzież do samodzielnej pracy. Wyniki nauczania osiągał dobre. W szkole prowadził bibliotekę oraz założył działkę szkolną, którą  się opiekował z młodzieżą jako biolog.
ś.p. Michał Chrostek

Nie ma nic ważniejszego jak dotarcie do ludzi, zwłaszcza do tych , którzy poddają się jeszcze wpływom i kierowaniu. Do młodych serc, które się jeszcze wahają i nie przybrały ostatecznego kształtu. Wycisnąć swój ślad na tym miękkim  jeszcze wosku i przekazać najlepszą cząstkę samego siebie istotom, które pozostaną na świecie, gdy nas już nie będzie. Przetrwać w nich po swoim zgonie to największe marzenie niejednego nauczyciela i wychowawcy. Myślę, że dh. hm. Biesiadeckemu to się udało .Czuł się związany z ludźmi, którzy należeli do licznej rzeszy kochających harcerskie działanie. Jego energia życiowa wzbierała pełnią wśród tętna harcerskiego działania. Potrafił zawsze znaleźć czas i dla harcerzy miał otwarte drzwi swojego domu o każdej porze dnia i nocy przy  ulicy Żwirki i Wigury. Dlatego myślę, że wy – młodzi instruktorzy – powinniście brać z niego przykład, bo przecież ludzie tacy jak On, to najważniejsza cząstka Naszej Ojczyzny.
ś.p. hm. Stanisław Jurzak

Fragmenty pochodzą z wywiadów prowadzonych w czasie kampanii sztandarowej hufca.

wtorek, 1 listopada 2011

Po drugiej stronie okienka - zlot oczami V DW "CHAOS"


Kiedy dh. Daria zapytała mnie w sobotni wieczór jak nam się podoba zlot, trudno było mi cokolwiek odpowiedzieć. Cały dzień spędzaliśmy na kuchni i niewiele nas było widać, bo jeśli nie prowadziliśmy sprzedaży – były gary do umycia, a jak nie było garów do mycia – trzeba było pójść do sklepu, a jak nie trzeba było pójść do sklepu – blaty do posprzątania albo przygotowanie jedzenia.
Z życia zlotowego łyknęliśmy trochę Harc Rock Cafe, apele, ja i dh. Dawid wzięliśmy też udział w grze terenowej, co wynikało z nagłej potrzeby. Większość czasu spędziliśmy w izolacji, oddzieleni od reszty świata ścianą i jedynym naszym kontaktem było kuchenne okienko.


Skąd pomysł?
Pomysł kawiarenki zrodził się podczas Wędrowniczej Watry 2011 – zobaczyliśmy wtedy działanie kawiarenki Akademików, przypomnieliśmy sobie też jak to działało na zlocie DMB w Czechowicach-Dziedzicach i zainspirowało nas to do otworzenia własnej na zlocie. Miał to być dla nas mały wyczyn organizacyjny, a zarazem forma służby.


Czy udało się osiągnąć cel?
Z pewnością komendzie zlotu było lżej – jej członkowie nie musieli martwić się wstawaniem wcześniej i nastawianiem garów z wodą, parzeniem herbaty ani późniejszym gotowaniem obiadu. Czy obiad smakował? Pozostawiamy to waszym kubkom smakowym. My wiemy, że daliśmy z siebie wszystko w tej kwestii. Czy jesteśmy lepiej zgrani? Z pewnością! Prowadzenie kawiarenki wymagało od nas odpowiedzialności, dyspozycyjności i mobilności. Każdy z nas był odpowiedzialny za całokształt, a zignorowanie jakiegoś polecenia mogłoby skutkować czyjąś krzywdą (np. zapomnienie o zrobieniu dla kogoś tostów).


Życie na kuchni
Około godziny 6:00-7:00 trzeba było wstać i nastawić garnek z wodą. Chwila na kawę, coś zagryźć, przebrać i umyć się. Potańczyć do muzyki puszczanej z laptopa.
W czasie śniadań i kolacji na kuchni dosłownie fruwało.
- Dwie herbaty zwykłe!
- Tutaj wrzątek!
- Dwa tosty z serem!
- Gorąca czekolada!
- Bułka z serem i szynką!
- Proszę, łyżeczka dla ciebie.


Jak przedstawia się to liczbowo?
Dokonano u nas 127 transakcji, z czego 36 dokonała 28 DH „Wataha”. Na drugim miejscu uplasowała się 96 KDH „Zew Cthulhu” (19), a na trzecim – 61 DHNS „Quesale” (16). Najczęściej kupująca nas drużyna otrzymała od nas coś do jedzenia (a cóż innego mogłaby ofiarować kawiarenka): kombinację słodyczy oraz zdrowych owoców – czyli wafelki i jabłka.
Najchętniej kupowanym produktem był tost z serem (42 razy), tost z serem i szynką – 17 razy. Nasi harcerze potrzebowali też nawodnienia o czym świadczy 20 sprzedanych soczków i 17 kubków gorącej czekolady. Popularnością cieszyły się też ciasta 15 porcji kremówek i 14 porcji babki cytrynowej.
Przez cały zlot zagotowaliśmy łącznie 150 litrów wrzątku na potrzeby uczestników. Do kubków rozlaliśmy ok. 70 litrów herbaty. Uczestnicy zlotu zjedli ok. 80% przygotowanej fasolki po bretońsku. Do przygotowania tostów i bułek zużyliśmy ponad kilogram sera.
W celu przedstawienia skeczu na kominek drużyna nie wykonała ani jednej pełnej próby (przedstawienie od początku do końca, po kolei).

HannaH

środa, 28 września 2011

Czy wiesz, że...

Nie uciekniemy od liczb. Poczynając od zrobienia zakupów z sklepie, kończąc na obowiązkowej maturze z matematyki. Żyjemy w społeczeństwie statystyk. Mówi się, że statystyczny Polak nie istnieje, a czy istnieje statystyczny harcerz?
Udało nam się zebrać różne dziwne dane i oto, co z tego wynikło:
1 osoba pozostała w komendzie ze składu wybranego na ostatnim zjeździe zwykłym. 18 lat miał poprzedni komendant w momencie obejmowania funkcji, a członek komendy hufca waży średnio 80 kilogramów.
6  zlotów hufca odbyło się w ciągu ostatnich 4 lat (z czego 3 w ostatnim roku!) i uczestniczyło w nich w sumie około 455 harcerzy. Wliczając gry zlotowe, odbyło się 16 gier hufcowych.
10 drużyn powstało w ciągu ostatnich 4 lat, a 26 osób pełniło lub nadal pełni funkcję drużynowego (wliczając drużyny próbne), średnio sprawując funkcję przez 11,5 miesiąca i tylko 31% z nich stanowili drużynowi płci męskiej! Obecna średnia wieku drużynowych to 18,8 lat, podczas gdy 4 lata temu było to 16,6 lat!
21  lat ma w tym roku 22 DH „Sokoły”, która bezkonkurencyjnie jest najstarszą działającą drużyną hufca. Inne drużyny działają średnio od 3 lat.
170 osób – mniej więcej tylu jest nas w hufcu (licząc z instruktorami) i gdyby wszyscy mieli razem przenocować w jednym miejscu, 71% osób spałoby na hufcowych kanadyjkach. Gdyby te rozłożone kanadyjki ułożyć jedna na drugiej, wieża mierzyłaby ok. 84 metry.
400 metrów mierzyłby pas ułożony z naszych materaców, jeden za drugim, a 1800 metrów kwadratowych miałaby powierzchnia rozłożonych koców z magazynu, jeden obok drugiego.
288 elementów konstrukcyjnych mają łącznie wszystkie namioty typu NS będące na stanie hufca.
888 km musieli pokonać kęccy harcerze by dostać się Inaugurację Roku Harcerskiego i wrócić do domu w latach 2007-2011. To więcej niż odległość z Kęt do Świnoujścia!
935714 kroków (minimum) musiałby zrobić harcerz idący pieszo z Kęt na obóz do Pogorzelicy i zajęłoby mu to około miesiąc.
Dysponujecie jeszcze jakąś ciekawostką?
Za pomoc w opracowaniu tego materiału dziękujemy: dh. Komendantowi i dh. Andrzejowi.

niedziela, 25 września 2011

Wędrownicza Watra CHAOSowym okiem

Wszyscy pragną obfitej relacji… Kiedyś trzeba. Dzisiaj, po odespaniu, najedzeniu i powrocie  do „rzeczywistości”, wydaje się być najlepszym terminem.
Mój patrol – „CHAOS” -  miał być początkowo patrolem złożonym tylko z członków V DW „CHAOS”, ale siły wyższe postanowiły inaczej i ostateczny skład uformował żeński sojusz kęcko-krzeszowicki, który był z pewnością jeszcze lepszym rozwiązaniem od pierwotnego planu!
Pełnym składem patrolu spotkałyśmy się na dzień przed rozpoczęciem Watry, w Kętach. Spędziłyśmy noc w harcówce przy biurze Hufca Kęty (dziękujemy komendantowi hufca za taką możliwość!), przygotowując watrowe koszulki, śpiewając i lepiej się poznając. Towarzyszyły nam karaluchy, szczególnie ten jeden nazwany przez nas Karolem.
22.08.2011, godz. 4:36. Patrol „CHAOS” wpakował się właśnie do pociągu do Bielska Białej. Zza okien widać już szarawe niebo. Na peronie w Bielsku-Białej mamy okazję oglądać wschód słońca. Nasz pociąg do Soli (tam rozpoczynała się trasa „Z epą w Beskidy”) trochę się spóźnił, ale nie przeszkadzało nam to – miałyśmy sporą rezerwę czasową! W Soli na peronie trochę drzemki…
Wyruszyłyśmy w trasę najwcześniej, o 8:30. Już przy pierwszych podejściach wiedziałyśmy, że czeka nas ciężki dzień. Wtoczyłyśmy się na Rachowiec, gdzie czekał nas widok wart tego wysiłku. Następnie stoczyłyśmy się ze szczytu (niektóre dosłownie!) do Zwardonia. Niemiłosierny upał sprawił, że postanowiłyśmy zmodyfikować trasę, na której (jak z nieba) spadł nam pewien przystojny, długowłosy mężczyzna, oferując nam podwóz aż do Przełęczy Koniakowskiej. Doczłapałyśmy zmęczone, spragnione i głodne do chatki na Pietraszonce, na chwilę przed wielką ulewą. Miła atmosfera, śpiew i wspaniali ludzie – gdybyśmy tylko mogły tam zostać dłużej!
23.08.2011. Żar leje się z nieba. Człapiemy do przełęczy Kubalonka i postanawiamy zjechać do Ustronia. Tam zażywamy chłodnej kąpieli i przygotowujemy  iście burżujski obiad – naleśniki z dżemem! (podchody do prawidłowego wykonania naleśników zaowocowały nawet „naleśnicą”)
Wieczorem czeka nas śląskie obrzędowe ognisko, na którym mamy okazję poznać bliżej śląską kuchnię i język. Śpiewamy „kluki starzejoch sie, a frelki nie!” – jak przystało na prawdziwie żeński patrol.
24.08.2011. Naleśniki w Skoczowie na dworcu? Czemu nie? Spotykamy także miłego pana, który „wielce nas podziwia, że my tak same podróżujemy, bo w tych czasach to dziewczyny są beznadziejne”. Napotykamy też przyjaciół z 3 DW „Altair”, którzy właśnie wracali z trasy Międzynarodowej.
Przebywamy kilka kilometrów w olbrzymim skwarze i okrzykiem radości witamy bramę zlotu. Jak można się domyśleć, jedną z pierwszych czynności był prysznic. Reszta dnia upłynęła nam na rozbiciu namiotów, wypraniu rzeczy, sporządzeniu obiadu i zwiedzaniu terenu. Nie zapominajmy też o „napadzie na sklep” w celu uzupełnienia zapasów (które i tak szybko znikały, gdy tylko dh. Asia zjawiła się w ich pobliżu).
Wieczorem czekało nas oficjalne rozpoczęcie, na którym dzięki okrzykowi „Dziewczyny do wzięcia!”  zaistniałyśmy w wędrowniczej zlotowej prasie. Ogień został rozpalony i rozpoczęły się dni wielkiej zabawy.
Kolejne dni mijały nam pod znakiem zajęć z bloku POZYTYWNOŚĆ i ENERGIA (osobiście nie miałam okazji brać udziału). Tymczasem równolegle odbywały się zajęcia z bloku instruktorskiego, przygotowane naprawdę na wysokim poziomie. I tak miałam okazję stoczyć wojnę damsko-męską, zagrać w wędrownicze memory, dowiedzieć się jak objechać Europę za kilka złotych, zmotywować się do działania, zaplanować zdobywanie znaku służby, poszerzyć wiedzę o interesującym wszystkich temacie seksualności wśród wędrowników oraz wzięłam udział w konferencji instruktorskiej.
Brałyśmy udział w walkach w błocie, Maria miała też okazję chodzić po rozżarzonych węglach (co skończyło się poparzonymi stopami). Stałyśmy się stałymi bywalcami Kawiarenki Akademickiej, gdzie polowaliśmy na cieplutkie tosty czy orzeźwiającą sałatkę owocową i spędzałyśmy wieczory przy gitarze.  Dwukrotnie pełniłyśmy wartę przy watrze (można nawet policzyć, że trzykrotnie).
Tydzień, który spędziłyśmy razem był doskonałym podsumowaniem całych wakacji i świetnym sposobem na zgranie zespołu. Za rok też chcemy pojechać! Tym razem do Kujawsko-Pomorskiego!

Relacja z Trzech Piór

No tak, żądano ode mnie obszernej relacji z próby lasu „Trzech Piór”, bo chyba moje oficjalne oświadczenie na apelu obozowym było niewystarczające (chociaż dh. Łoś stwierdził, że nigdy nie słyszał tylu słów naraz ode mnie).
Godz. 4:30. Budzik na telefonie dzwoni. Zbieram się. Ciuchy były przygotowane, torba z latarką, mapą, odrobiną wody. Po krótkiej chwili namysłu wcisnęłam tam śpiwór. Wychodzę z namiotu kadry. Wychylam się zza tablicy ogłoszeń. Warta-śpiochy. Siedzą na wartowni i gadają w najlepsze. Wchodzę do kadrówki i ściągam z oparcia ławeczki pałatkę. Ubieram ją.
Wykradam się z kadrówki i niezauważona przez wartę wychodzę przez ogrodzenie między namiotami chłopaków. Przekraczam wąskotorówkę i kieruję się w kierunku jeziora, przez mokre krzaki.  Widzę parę interesujących miejsc, ale postanawiam tam wrócić dopiero, jak nie znajdę nic lepszego. Trzask gałązki pod moją stopą płoszy sarnę, która ucieka daleko w las.
Trafiam na ścieżkę koło jeziora. Przypatruję się drzewom pod kątem zielników, znajduję jarzębinę z zasuszonymi owocami. Wchodzę w zagajnik brzozowy, jednak chmara komarów i dość grząski grunt zniechęca mnie do dalszego pobytu w tamtym rejonie.
Wreszcie docieram na łąkę i dostrzegam gęste chaszcze, od których oddzielała mnie ściana wysokich pokrzyw (wyższych ode mnie). Podziękowałam sobie w duchu, że nie zapomniałam o pałatce i przedarłam się do mojej przyszłej bazy. Znalazłam dziurę w chaszczach, by dało się wejść i tam-tara-dam!
Wiedziałam, że to dobry wybór. Ściana pokrzyw, krzaków i drzew była na tyle gęsta, że nie widziałam ścieżki. Od razu wiedziałam, gdzie postawię szałas – drzewo o zwalonej gałęzi wręcz czekało na to. Od razu zabrałam się za budowę chatki, przy okazji poznając bliżej miejsce, w którym było mi dane spędzić dobę.
Około godziny ósmej wszystko było już na cyk! (Wyplotłam z nawet drzwi!) Zdążyłam już wtedy zrobić sobie ścieżkę na łąkę, znaleźć dwa gniazda ptaków i zorientować się, że nie będę głodować, bo co chwilę znajdowałam czerwone porzeczki (niektóre krzaki porzeczkowe weszły nawet w skład dachu).
Łatwo się domyślić, że w porze śniadaniowej postanowiłam zebrać trochę porzeczki. A zbierałam ją do… rękawiczki winylowej znalezionej w kieszeni torby. Miałam od razu zapas na cały dzień.
Potem było już leniwie. Zgarnęłam pałatkę i wybrałam się na łąkę. Słońce pięknie świeciło, mnie się troszkę przysnęło… no i efekt mam do dzisiaj – pięknie zarysowana linia opalenizny kończąca się na miejscach, gdzie zaczynał się rękawek mojej granatowej koszulki z V Warsztatów dla Ratowników ZHP. Oczywiście, zaraz po przebudzeniu nawet nie przeczuwałam przyszłego losu moich ramion, więc roznegliżowałam się bardziej  (przecież byłam niezauważona, więc kto miałby mnie podglądać), przy okazji odkryłam pierwszego kleszcza na mojej kostce… i szybko się z nim pożegnałam.
W okolicach godziny trzynastej zwinęłam się z łąki (zostawiłam tam jednak pałatkę, bo zamierzałam tam wrócić). Zjadłam trochę porzeczek z rękawiczki zawieszonej na gałęzi (takie feng shui). Pobawiłam się trochę finką i patykami. Niedługo potem usłyszałam jak nasz podobóz idzie na obiad. Było to łatwo poznać. Głos Asi przedarł się przez kilkaset metrów: „Sagalowe Pole Rzepakowe w dwuszeregu, frontem do mnie – zbiórka!” i późniejszy śpiew „Siała baba mak”. To nie mogło być nic innego jak Hufiec Kęty. 
Moja cisza poobiednia wyglądała w sposób podobny jak przedobiednia. Spanie na łące z mapą na twarzy (bo nie wzięłam okularów przeciwsłonecznych ani kapelusza). W przerwach w spaniu zerkałam na mapę, by wymyślić trasę na Zobowiązanie Instruktorskie dla Asi i wyplotłam dla siebie wieniec z kwiatów polnych i skrzypu.
I tak upłynęło do wieczora. Wieczorem kolacja, tak, z porzeczek (zrezygnowałam z wyciskania soku z pokrzywy). Koło godziny dwudziestej już układałam się do snu. Połowa pałatki na posłanie z gałązek, na to śpiwór, i jeszcze na górę druga połowa pałatki. Po wpakowaniu się do śpiwora widać było tylko moje oczy. Miałam więc świetną okazję do przyglądnięcia się nadlatującym komarom z bliska. Do snu kołysały mnie odgłosy ptaków, brzęczenie komarów i… odgłosy pląsów harcerskich (potem się okazało, że nasi mieli pląsowisko z Wadowicami). Spało się spokojnie, bez specjalnych rewelacji.
O 4:30 zadzwonił budzik w telefonie.
W sumie, nie chciało mi się stamtąd iść (ten jedyny raz byłam tak wyspana na obozie), ale wiedziałam, że od rana musze wrócić do drużyny, bo w końcu z tego powodu zdecydowałam się zacząć wcześniej próbę lasu i uzyskałam na to pozwolenie.
Zwinięcie rzeczy to była chwila, ogarnięcie po sobie obozowiska – druga chwila. Główną konstrukcję jednak pozostawiłam, jakbym miała powrócić później i pokazać – „tutaj byłam”. I po 24-godzinach opuściłam swoje chaszcze, ogarniając jeszcze wzrokiem łąkę i pokrzywy.
Nie skierowałam się jednak od razu do obozu, świt był piękny i rześki – więc spacerowałam jeszcze po lesie. We mgle zobaczyłam małe stadko saren, ale szybko uciekły w dal. Po drodze znalazłam pióra. Wzięłam ze sobą trzy.
I wróciłam do obozu. O godzinie 5:18, wchodząc między namiotami chłopaków. Niezauważona przez wartę (bo siedziała na wartowni i gadała) obeszłam namioty od tyłu i weszłam do kadrówki przez dziurę w burcie.   Omal nie wlazłam w śpiącą na kanadyjce Kaśkę, która miała wtedy służbę. Zrzuciłam pałatkę i siadłam. Naskrobałam wiadomość dla warty („Zagadka dla warty: o której i którędy dh. Hania wróciła z Trzech Piór?”), po czym przeglądałam „Atlas roślin”, by zidentyfikować parę gatunków, które znalazłam na łące. Kiedy Kaśka się obudziła, dałam jej kartkę dla warty.
Potem zaczęłam realizować pierwsze marzenia:
Marzenie nr 1 – umyć się!
Marzenie nr 2 – przebrać się!
Marzenie nr 3 – zjeść coś innego niż czerwona porzeczka!
No i wyciągnąć pięć kleszczy. 
 HannaH