Ostatnio jestem pytana, najczęściej przy okazji kontroli prób wędrowniczych, prób na stopnie – „czy czasem nie planuję jakiegoś kursu? warsztatów?” – nie myślcie, że moja negatywna odpowiedź nie zasiała w mojej głowie ziarna wątpliwości. W końcu nie robiłam kursu kadry kształcącej dla ładnego dyplomu na ścianę i wpisania w CV enigmatycznej nazwy „kurs członków zespołów trenerów NGO”, ale po to, by zdobyte wiadomości wykorzystać w nowym polu służby dla hufca. A widać, że to pole służby jednak jeszcze nie fruwa i nie błyszczy. Przynajmniej nie robi tego zauważalnie.
Gdy próbuję sobie wyobrazić jak wygląda teraz planowanie mojego czasu przypomina mi to słynną „rzepkę z Familiady”. Z jednej strony są rzeczy, które MUSZĘ zrobić: obowiązki, które nakłada na mnie szkoła i rodzina; role, które muszę pełnić wśród ludzi. Drugą stronę rzepki ciągną rzeczy, które CHCIAŁABYM zrobić: zdać prawo jazdy, dobrze sprawować swoje funkcje harcerskie, dostać się na planowane studia. Każda strona uporczywie walczy o dominację, chce wydrzeć większa część mojego zaangażowania. Jej, nie mogę mieć żalu do świata – nikt nie mówił, że dorosłość jest łatwa.
Tak, warsztaty są jednym z moich stworków ciągnących rzepkę. Jednym z wielu stworków. Niestety napis „Nie tykać przed maturą!” bezlitośnie przypomina mi, że jest jeszcze ta druga strona rzepki.
H.