środa, 28 września 2011

Czy wiesz, że...

Nie uciekniemy od liczb. Poczynając od zrobienia zakupów z sklepie, kończąc na obowiązkowej maturze z matematyki. Żyjemy w społeczeństwie statystyk. Mówi się, że statystyczny Polak nie istnieje, a czy istnieje statystyczny harcerz?
Udało nam się zebrać różne dziwne dane i oto, co z tego wynikło:
1 osoba pozostała w komendzie ze składu wybranego na ostatnim zjeździe zwykłym. 18 lat miał poprzedni komendant w momencie obejmowania funkcji, a członek komendy hufca waży średnio 80 kilogramów.
6  zlotów hufca odbyło się w ciągu ostatnich 4 lat (z czego 3 w ostatnim roku!) i uczestniczyło w nich w sumie około 455 harcerzy. Wliczając gry zlotowe, odbyło się 16 gier hufcowych.
10 drużyn powstało w ciągu ostatnich 4 lat, a 26 osób pełniło lub nadal pełni funkcję drużynowego (wliczając drużyny próbne), średnio sprawując funkcję przez 11,5 miesiąca i tylko 31% z nich stanowili drużynowi płci męskiej! Obecna średnia wieku drużynowych to 18,8 lat, podczas gdy 4 lata temu było to 16,6 lat!
21  lat ma w tym roku 22 DH „Sokoły”, która bezkonkurencyjnie jest najstarszą działającą drużyną hufca. Inne drużyny działają średnio od 3 lat.
170 osób – mniej więcej tylu jest nas w hufcu (licząc z instruktorami) i gdyby wszyscy mieli razem przenocować w jednym miejscu, 71% osób spałoby na hufcowych kanadyjkach. Gdyby te rozłożone kanadyjki ułożyć jedna na drugiej, wieża mierzyłaby ok. 84 metry.
400 metrów mierzyłby pas ułożony z naszych materaców, jeden za drugim, a 1800 metrów kwadratowych miałaby powierzchnia rozłożonych koców z magazynu, jeden obok drugiego.
288 elementów konstrukcyjnych mają łącznie wszystkie namioty typu NS będące na stanie hufca.
888 km musieli pokonać kęccy harcerze by dostać się Inaugurację Roku Harcerskiego i wrócić do domu w latach 2007-2011. To więcej niż odległość z Kęt do Świnoujścia!
935714 kroków (minimum) musiałby zrobić harcerz idący pieszo z Kęt na obóz do Pogorzelicy i zajęłoby mu to około miesiąc.
Dysponujecie jeszcze jakąś ciekawostką?
Za pomoc w opracowaniu tego materiału dziękujemy: dh. Komendantowi i dh. Andrzejowi.

niedziela, 25 września 2011

Wędrownicza Watra CHAOSowym okiem

Wszyscy pragną obfitej relacji… Kiedyś trzeba. Dzisiaj, po odespaniu, najedzeniu i powrocie  do „rzeczywistości”, wydaje się być najlepszym terminem.
Mój patrol – „CHAOS” -  miał być początkowo patrolem złożonym tylko z członków V DW „CHAOS”, ale siły wyższe postanowiły inaczej i ostateczny skład uformował żeński sojusz kęcko-krzeszowicki, który był z pewnością jeszcze lepszym rozwiązaniem od pierwotnego planu!
Pełnym składem patrolu spotkałyśmy się na dzień przed rozpoczęciem Watry, w Kętach. Spędziłyśmy noc w harcówce przy biurze Hufca Kęty (dziękujemy komendantowi hufca za taką możliwość!), przygotowując watrowe koszulki, śpiewając i lepiej się poznając. Towarzyszyły nam karaluchy, szczególnie ten jeden nazwany przez nas Karolem.
22.08.2011, godz. 4:36. Patrol „CHAOS” wpakował się właśnie do pociągu do Bielska Białej. Zza okien widać już szarawe niebo. Na peronie w Bielsku-Białej mamy okazję oglądać wschód słońca. Nasz pociąg do Soli (tam rozpoczynała się trasa „Z epą w Beskidy”) trochę się spóźnił, ale nie przeszkadzało nam to – miałyśmy sporą rezerwę czasową! W Soli na peronie trochę drzemki…
Wyruszyłyśmy w trasę najwcześniej, o 8:30. Już przy pierwszych podejściach wiedziałyśmy, że czeka nas ciężki dzień. Wtoczyłyśmy się na Rachowiec, gdzie czekał nas widok wart tego wysiłku. Następnie stoczyłyśmy się ze szczytu (niektóre dosłownie!) do Zwardonia. Niemiłosierny upał sprawił, że postanowiłyśmy zmodyfikować trasę, na której (jak z nieba) spadł nam pewien przystojny, długowłosy mężczyzna, oferując nam podwóz aż do Przełęczy Koniakowskiej. Doczłapałyśmy zmęczone, spragnione i głodne do chatki na Pietraszonce, na chwilę przed wielką ulewą. Miła atmosfera, śpiew i wspaniali ludzie – gdybyśmy tylko mogły tam zostać dłużej!
23.08.2011. Żar leje się z nieba. Człapiemy do przełęczy Kubalonka i postanawiamy zjechać do Ustronia. Tam zażywamy chłodnej kąpieli i przygotowujemy  iście burżujski obiad – naleśniki z dżemem! (podchody do prawidłowego wykonania naleśników zaowocowały nawet „naleśnicą”)
Wieczorem czeka nas śląskie obrzędowe ognisko, na którym mamy okazję poznać bliżej śląską kuchnię i język. Śpiewamy „kluki starzejoch sie, a frelki nie!” – jak przystało na prawdziwie żeński patrol.
24.08.2011. Naleśniki w Skoczowie na dworcu? Czemu nie? Spotykamy także miłego pana, który „wielce nas podziwia, że my tak same podróżujemy, bo w tych czasach to dziewczyny są beznadziejne”. Napotykamy też przyjaciół z 3 DW „Altair”, którzy właśnie wracali z trasy Międzynarodowej.
Przebywamy kilka kilometrów w olbrzymim skwarze i okrzykiem radości witamy bramę zlotu. Jak można się domyśleć, jedną z pierwszych czynności był prysznic. Reszta dnia upłynęła nam na rozbiciu namiotów, wypraniu rzeczy, sporządzeniu obiadu i zwiedzaniu terenu. Nie zapominajmy też o „napadzie na sklep” w celu uzupełnienia zapasów (które i tak szybko znikały, gdy tylko dh. Asia zjawiła się w ich pobliżu).
Wieczorem czekało nas oficjalne rozpoczęcie, na którym dzięki okrzykowi „Dziewczyny do wzięcia!”  zaistniałyśmy w wędrowniczej zlotowej prasie. Ogień został rozpalony i rozpoczęły się dni wielkiej zabawy.
Kolejne dni mijały nam pod znakiem zajęć z bloku POZYTYWNOŚĆ i ENERGIA (osobiście nie miałam okazji brać udziału). Tymczasem równolegle odbywały się zajęcia z bloku instruktorskiego, przygotowane naprawdę na wysokim poziomie. I tak miałam okazję stoczyć wojnę damsko-męską, zagrać w wędrownicze memory, dowiedzieć się jak objechać Europę za kilka złotych, zmotywować się do działania, zaplanować zdobywanie znaku służby, poszerzyć wiedzę o interesującym wszystkich temacie seksualności wśród wędrowników oraz wzięłam udział w konferencji instruktorskiej.
Brałyśmy udział w walkach w błocie, Maria miała też okazję chodzić po rozżarzonych węglach (co skończyło się poparzonymi stopami). Stałyśmy się stałymi bywalcami Kawiarenki Akademickiej, gdzie polowaliśmy na cieplutkie tosty czy orzeźwiającą sałatkę owocową i spędzałyśmy wieczory przy gitarze.  Dwukrotnie pełniłyśmy wartę przy watrze (można nawet policzyć, że trzykrotnie).
Tydzień, który spędziłyśmy razem był doskonałym podsumowaniem całych wakacji i świetnym sposobem na zgranie zespołu. Za rok też chcemy pojechać! Tym razem do Kujawsko-Pomorskiego!

Relacja z Trzech Piór

No tak, żądano ode mnie obszernej relacji z próby lasu „Trzech Piór”, bo chyba moje oficjalne oświadczenie na apelu obozowym było niewystarczające (chociaż dh. Łoś stwierdził, że nigdy nie słyszał tylu słów naraz ode mnie).
Godz. 4:30. Budzik na telefonie dzwoni. Zbieram się. Ciuchy były przygotowane, torba z latarką, mapą, odrobiną wody. Po krótkiej chwili namysłu wcisnęłam tam śpiwór. Wychodzę z namiotu kadry. Wychylam się zza tablicy ogłoszeń. Warta-śpiochy. Siedzą na wartowni i gadają w najlepsze. Wchodzę do kadrówki i ściągam z oparcia ławeczki pałatkę. Ubieram ją.
Wykradam się z kadrówki i niezauważona przez wartę wychodzę przez ogrodzenie między namiotami chłopaków. Przekraczam wąskotorówkę i kieruję się w kierunku jeziora, przez mokre krzaki.  Widzę parę interesujących miejsc, ale postanawiam tam wrócić dopiero, jak nie znajdę nic lepszego. Trzask gałązki pod moją stopą płoszy sarnę, która ucieka daleko w las.
Trafiam na ścieżkę koło jeziora. Przypatruję się drzewom pod kątem zielników, znajduję jarzębinę z zasuszonymi owocami. Wchodzę w zagajnik brzozowy, jednak chmara komarów i dość grząski grunt zniechęca mnie do dalszego pobytu w tamtym rejonie.
Wreszcie docieram na łąkę i dostrzegam gęste chaszcze, od których oddzielała mnie ściana wysokich pokrzyw (wyższych ode mnie). Podziękowałam sobie w duchu, że nie zapomniałam o pałatce i przedarłam się do mojej przyszłej bazy. Znalazłam dziurę w chaszczach, by dało się wejść i tam-tara-dam!
Wiedziałam, że to dobry wybór. Ściana pokrzyw, krzaków i drzew była na tyle gęsta, że nie widziałam ścieżki. Od razu wiedziałam, gdzie postawię szałas – drzewo o zwalonej gałęzi wręcz czekało na to. Od razu zabrałam się za budowę chatki, przy okazji poznając bliżej miejsce, w którym było mi dane spędzić dobę.
Około godziny ósmej wszystko było już na cyk! (Wyplotłam z nawet drzwi!) Zdążyłam już wtedy zrobić sobie ścieżkę na łąkę, znaleźć dwa gniazda ptaków i zorientować się, że nie będę głodować, bo co chwilę znajdowałam czerwone porzeczki (niektóre krzaki porzeczkowe weszły nawet w skład dachu).
Łatwo się domyślić, że w porze śniadaniowej postanowiłam zebrać trochę porzeczki. A zbierałam ją do… rękawiczki winylowej znalezionej w kieszeni torby. Miałam od razu zapas na cały dzień.
Potem było już leniwie. Zgarnęłam pałatkę i wybrałam się na łąkę. Słońce pięknie świeciło, mnie się troszkę przysnęło… no i efekt mam do dzisiaj – pięknie zarysowana linia opalenizny kończąca się na miejscach, gdzie zaczynał się rękawek mojej granatowej koszulki z V Warsztatów dla Ratowników ZHP. Oczywiście, zaraz po przebudzeniu nawet nie przeczuwałam przyszłego losu moich ramion, więc roznegliżowałam się bardziej  (przecież byłam niezauważona, więc kto miałby mnie podglądać), przy okazji odkryłam pierwszego kleszcza na mojej kostce… i szybko się z nim pożegnałam.
W okolicach godziny trzynastej zwinęłam się z łąki (zostawiłam tam jednak pałatkę, bo zamierzałam tam wrócić). Zjadłam trochę porzeczek z rękawiczki zawieszonej na gałęzi (takie feng shui). Pobawiłam się trochę finką i patykami. Niedługo potem usłyszałam jak nasz podobóz idzie na obiad. Było to łatwo poznać. Głos Asi przedarł się przez kilkaset metrów: „Sagalowe Pole Rzepakowe w dwuszeregu, frontem do mnie – zbiórka!” i późniejszy śpiew „Siała baba mak”. To nie mogło być nic innego jak Hufiec Kęty. 
Moja cisza poobiednia wyglądała w sposób podobny jak przedobiednia. Spanie na łące z mapą na twarzy (bo nie wzięłam okularów przeciwsłonecznych ani kapelusza). W przerwach w spaniu zerkałam na mapę, by wymyślić trasę na Zobowiązanie Instruktorskie dla Asi i wyplotłam dla siebie wieniec z kwiatów polnych i skrzypu.
I tak upłynęło do wieczora. Wieczorem kolacja, tak, z porzeczek (zrezygnowałam z wyciskania soku z pokrzywy). Koło godziny dwudziestej już układałam się do snu. Połowa pałatki na posłanie z gałązek, na to śpiwór, i jeszcze na górę druga połowa pałatki. Po wpakowaniu się do śpiwora widać było tylko moje oczy. Miałam więc świetną okazję do przyglądnięcia się nadlatującym komarom z bliska. Do snu kołysały mnie odgłosy ptaków, brzęczenie komarów i… odgłosy pląsów harcerskich (potem się okazało, że nasi mieli pląsowisko z Wadowicami). Spało się spokojnie, bez specjalnych rewelacji.
O 4:30 zadzwonił budzik w telefonie.
W sumie, nie chciało mi się stamtąd iść (ten jedyny raz byłam tak wyspana na obozie), ale wiedziałam, że od rana musze wrócić do drużyny, bo w końcu z tego powodu zdecydowałam się zacząć wcześniej próbę lasu i uzyskałam na to pozwolenie.
Zwinięcie rzeczy to była chwila, ogarnięcie po sobie obozowiska – druga chwila. Główną konstrukcję jednak pozostawiłam, jakbym miała powrócić później i pokazać – „tutaj byłam”. I po 24-godzinach opuściłam swoje chaszcze, ogarniając jeszcze wzrokiem łąkę i pokrzywy.
Nie skierowałam się jednak od razu do obozu, świt był piękny i rześki – więc spacerowałam jeszcze po lesie. We mgle zobaczyłam małe stadko saren, ale szybko uciekły w dal. Po drodze znalazłam pióra. Wzięłam ze sobą trzy.
I wróciłam do obozu. O godzinie 5:18, wchodząc między namiotami chłopaków. Niezauważona przez wartę (bo siedziała na wartowni i gadała) obeszłam namioty od tyłu i weszłam do kadrówki przez dziurę w burcie.   Omal nie wlazłam w śpiącą na kanadyjce Kaśkę, która miała wtedy służbę. Zrzuciłam pałatkę i siadłam. Naskrobałam wiadomość dla warty („Zagadka dla warty: o której i którędy dh. Hania wróciła z Trzech Piór?”), po czym przeglądałam „Atlas roślin”, by zidentyfikować parę gatunków, które znalazłam na łące. Kiedy Kaśka się obudziła, dałam jej kartkę dla warty.
Potem zaczęłam realizować pierwsze marzenia:
Marzenie nr 1 – umyć się!
Marzenie nr 2 – przebrać się!
Marzenie nr 3 – zjeść coś innego niż czerwona porzeczka!
No i wyciągnąć pięć kleszczy. 
 HannaH

Z wizytą w różanym ogrodzie

W dniach 12-14.08. 2011 r. drużynowi, przyboczni i wędrownicy z naszego hufca wzięli udział w warsztatach organizowanych przez dh. pwd. Hanię Urbańczyk z drobną pomocą innych instruktorów.
Kadra w składzie osób 4:
Komendant warsztatów pwd. Hanna Urbańczyk
z-ca komendanta pwd. AnnaFiFFi” Smolarska

instruktor programowy phm. Piotr „Łoś” Grabowski
instruktor programowy pwd. Wiktor Luzarowski
podjęła wszelkie starania, żeby było dobrze. Jak wyszło? Oceniliście sami podczas wypełnienia ankiety. Oto jej wyniki:
Zakwaterowanie:
50% – bardzo dobre,
33% – dobre,
17% – średnie
Wyżywienie:
41% – bardzo dobre
41% – dobre
18% – średnie
Organizacja:
58% – bardzo dobra
42% – dobra
Postawa kadry:
83% – bardzo dobra
17% – dobra

Co najbardziej podobało mi się na warsztatach i dlaczego?
  • „Praca roczna drużyny”. Ogólnie plan i pomysł na warsztaty były dobre
  •  Zajęcia i spanie
  •  Najbardziej podobały mi się zajęcia o kreatywności i o roli lidera. Było ciekawie i zabawnie przeprowadzone.
  •  Najbardziej podobał mi się sąd, a także zajęcia „Być wędrownikiem” ponieważ były ciekawie poprowadzone
  •  Najbardziej podobały mi się zajęcia z dh. Hanną, ponieważ było dużo ciekawych zajęć, dużo ruchu („Budowanie grupy”)
  •  Zajęcia „Budowanie grupy, rola lidera”. Mają przydatność podczas tworzenia drużyny
  •  Zajęcia dotyczące rozpisania próby wędrowniczej – było one naprawdę przydatne i ciekawie prowadzone.
  •  Zajęcia – ponieważ zaciekawiły mnie
  •  Zwierzątka („Być wędrownikiem”)
  •  Gra „Praca roczna drużyny”
  •  Zajęcia były różnorodne, nie siedzieliśmy ciągle w jednym miejscu, każde zajęcia były z kimś innym.

Co najmniej podobało mi się i dlaczego?
  •  Czas przeprowadzenia sądu – w ogóle po co on? Na warsztatach było ok. 30% wędrowników Harcerze starsi mają jeszcze czas, żeby zapoznać się z tą formą.
  •  Brak łóżek lub materacy
  •  Gra dyskusyjna
  •  Najmniej podobały mi się zajęcia z finansów, co nie było winą prowadzącego, lecz tematyki
  •  Temat „Być wędrownikiem” ponieważ mnie to nie dotyczyło
  •  Zajęcia „Organizacja biwaku”, ponieważ byłam śpiąca i zmęczona
  •  Adam gadał całą noc
  •  wstawanie rano (x2)
  •  Mały poślizg zepsuł harmonogram całego dnia

Jak było naprawdę? Prześledzimy krok po kroku, co ciekawego się u nas działo.

DZIEŃ PRZED UPŁYWEM TERMINU ZGŁOSZEŃ…
-ilu mamy uczestników…?
- termin zgłoszeń mija jutro, ale póki co mamy niepełne 10…
- to niedobrze…

W OSTATECZNYM DNIU ZGŁOSZEŃ…
- jupi! Mamy 10 

DZIEŃ PRZED WYJAZDEM..
- liczba uczestników gwałtownie wzrosła do.. 13! Nie żeby nas to nie cieszyło, ale obowiązkowość naszej młodej kadry jest zatrważająca..

PIĄTEK
Dzień jak co dzień, przynajmniej dla większości. Dla kadry: jeszcze to, jeszcze tamto. To się dopracuje w nocy… nie ma herbaty? Aaa! lekkie zamieszanie, ale nie wydarzyło się nic, czego nie dałoby się ogarnąć. Nerwowy telefon od jednego z uczestników:
- o której to się tak właściwie zaczyna…?
-yy chyba o 16.. tak.. od 16 jest zakwaterowanie..
Pierwsze zajęcia zaczęły się już o 17:00. Dh. Ela wymęczyła nas (Was, bo ja byłam wtedy… „dopracowywać zajęcia” nad Sołą…  ). Tańce, hulanki, swawole. Dużo śmiechu i skakania. W końcu to były Tańce Integracyjne. Po dwóch godzinach integracji wszyscy mieli serdecznie dość  wysiłku fizycznego, ale podczas smakowitej kolacji integrowaliśmy się dalej. Apel – na apelu dh Luz i dh. Sebastian otrzymali sprawności dziwne przyznane przez Komisję Sprawności Dziwnych przy 312 nDW WooC.E.T.
Wieczorem przygotowanie do kominka w nowej formie „ogniopoglądobrania” . nauczyliśmy się składać mundury – taaak, nie wszyscy umieli! Potem wielce oczekiwany kominek, którego tematem był Osobisty Przykład Instruktora. Jak wypadł? Część pierwsza znakomita, część druga? Może nie była do końca porażką, ale przy braku współpracy instruktorów, którzy zamiast dawać przykład,  sypali hasłami wyprowadzającymi prowadzącego z równowagi, nie można było spodziewać się oczekiwanego efektu.
Nocna wędrówka w poszukiwaniu gwiezdnego pyłu niestety nie przyniosła nikomu spełnienia marzeń. Nie widzieliśmy żadnej spadającej gwiazdy…
SOBOTA
Ciekawa pobudka – muzyka zagrzewająca do dalszego działania. Śniadanie i zajęcia. Mała obsuwa z programem, wynikająca z przyczyn losowych. No zdarza się, przecież to nie koniec świata. Lekka zmiana harmonogramu nie wpłynęła na jakość prowadzenia zajęć więc nie wiem, czemu ktoś miał zażalenia Tematy zajęć dostosowane do potrzeb młodej kadry, pomijając może warsztaty z wędrownictwa, na których dobrze bawiła się tylko część. Dlaczego? Niestety zbyt młody wiek części uczestników sprawił, że temat zajęć ich po prostu nie dotyczył. Nasze niedopatrzenie. Przepraszamy. Chociaż chyba i tak każdy powie, że dh. Łukasz w roli wędrownika otwierającego próbę na naramiennik był co najmniej CIEKAWY :D
Wieczorem wielka chwila: sąd nad problemem. Każdy losował rolę i musiał wcielić się w wylosowaną postać. Zadanie trudne, ale nasi uczestnicy poradzili sobie znakomicie. Strona oskarżona zaskoczyła swoimi argumentami nawet Sąd Najwyższy i tutaj należy się pokłon osobom, które na coś takiego wpadły: dh Sebastian jako oskarżony, druhowie Luz, Kamil, Rafał jako świadkowie, nasza droga Pani Mecenas dh. Edytka i kadra pomocnicza: dh. Fi i dh Wiktor. Sąd nad problemem nieoficjalnie oceniony jako niesprawiedliwy. Dlaczego? Mimo świetnej argumentacji strony oskarżonej sąd uznał oskarżonego za winnego. Kadrę rozbawił zasłyszany przypadkiem wśród uczestników tekst „Ekspert był bardziej bezstronny niż sędzia…” – coś w tym było.
NIEDZIELA
Każdy po dwóch nieprzespanych w pełni nocach był zmęczony i aktywność na zajęciach ograniczył do minimum, mimo to zajęcia wyszły ciekawie. Zasługa prowadzących zajęcia
Apel kończący przyniósł kilka prezentów: zaświadczenie o udziale w zajęciach, pamiątkę do munduru i czerwoną różę – która była symbolem tych warsztatów. Prócz materialnych dóbr każdy zyskał wiedzę i trochę zapału do dalszej pracy, a przynajmniej taką nadzieję miała kadra.
Kolejny raz udowodniliśmy, że mimo młodego wieku i braku doświadczenia jesteśmy zgranym i całkiem przyzwoitym hufcem.  Podziękowania uczestnikom za udział – z przyczyn wiadomych – nie mają sensu(po prostu by się nie odbyły). Podziękować chcemy Wam za aktywną postawę i chęć wykazaną na zajęciach. Dziękujemy za zrozumienie i wyrozumiałość, za nieprzerwanie dobry humor i subordynację (lekko naciąganą..  ).
Dziękujemy prowadzącym za przygotowanie zajęć i pozytywną postawę, która zachęcała do aktywności. W szczególności dziękujemy druhnom i druhom spoza naszego Hufca:
z Referatu Wędrowniczego Chorągwi Krakowskiej:
  • phm. Emilii Owoc
  • phm. Małgorzacie Kluszczyńskiej
  • hm. Tomaszowi Owoc
Druhowi phm. Marcinowi Ziółkowskiemu z Hufca Andrychów oraz druhowi
pwd. Wiktorowi Luzarowskiemu z Hufca Oświęcim.
Na koniec można dodać cichą sugestię z zaproszeniem na kolejną formę kształceniową, która odbędzie się na przełomie października i listopada. Do zobaczenia więc 
pwd. Fi