niedziela, 25 września 2011

Relacja z Trzech Piór

No tak, żądano ode mnie obszernej relacji z próby lasu „Trzech Piór”, bo chyba moje oficjalne oświadczenie na apelu obozowym było niewystarczające (chociaż dh. Łoś stwierdził, że nigdy nie słyszał tylu słów naraz ode mnie).
Godz. 4:30. Budzik na telefonie dzwoni. Zbieram się. Ciuchy były przygotowane, torba z latarką, mapą, odrobiną wody. Po krótkiej chwili namysłu wcisnęłam tam śpiwór. Wychodzę z namiotu kadry. Wychylam się zza tablicy ogłoszeń. Warta-śpiochy. Siedzą na wartowni i gadają w najlepsze. Wchodzę do kadrówki i ściągam z oparcia ławeczki pałatkę. Ubieram ją.
Wykradam się z kadrówki i niezauważona przez wartę wychodzę przez ogrodzenie między namiotami chłopaków. Przekraczam wąskotorówkę i kieruję się w kierunku jeziora, przez mokre krzaki.  Widzę parę interesujących miejsc, ale postanawiam tam wrócić dopiero, jak nie znajdę nic lepszego. Trzask gałązki pod moją stopą płoszy sarnę, która ucieka daleko w las.
Trafiam na ścieżkę koło jeziora. Przypatruję się drzewom pod kątem zielników, znajduję jarzębinę z zasuszonymi owocami. Wchodzę w zagajnik brzozowy, jednak chmara komarów i dość grząski grunt zniechęca mnie do dalszego pobytu w tamtym rejonie.
Wreszcie docieram na łąkę i dostrzegam gęste chaszcze, od których oddzielała mnie ściana wysokich pokrzyw (wyższych ode mnie). Podziękowałam sobie w duchu, że nie zapomniałam o pałatce i przedarłam się do mojej przyszłej bazy. Znalazłam dziurę w chaszczach, by dało się wejść i tam-tara-dam!
Wiedziałam, że to dobry wybór. Ściana pokrzyw, krzaków i drzew była na tyle gęsta, że nie widziałam ścieżki. Od razu wiedziałam, gdzie postawię szałas – drzewo o zwalonej gałęzi wręcz czekało na to. Od razu zabrałam się za budowę chatki, przy okazji poznając bliżej miejsce, w którym było mi dane spędzić dobę.
Około godziny ósmej wszystko było już na cyk! (Wyplotłam z nawet drzwi!) Zdążyłam już wtedy zrobić sobie ścieżkę na łąkę, znaleźć dwa gniazda ptaków i zorientować się, że nie będę głodować, bo co chwilę znajdowałam czerwone porzeczki (niektóre krzaki porzeczkowe weszły nawet w skład dachu).
Łatwo się domyślić, że w porze śniadaniowej postanowiłam zebrać trochę porzeczki. A zbierałam ją do… rękawiczki winylowej znalezionej w kieszeni torby. Miałam od razu zapas na cały dzień.
Potem było już leniwie. Zgarnęłam pałatkę i wybrałam się na łąkę. Słońce pięknie świeciło, mnie się troszkę przysnęło… no i efekt mam do dzisiaj – pięknie zarysowana linia opalenizny kończąca się na miejscach, gdzie zaczynał się rękawek mojej granatowej koszulki z V Warsztatów dla Ratowników ZHP. Oczywiście, zaraz po przebudzeniu nawet nie przeczuwałam przyszłego losu moich ramion, więc roznegliżowałam się bardziej  (przecież byłam niezauważona, więc kto miałby mnie podglądać), przy okazji odkryłam pierwszego kleszcza na mojej kostce… i szybko się z nim pożegnałam.
W okolicach godziny trzynastej zwinęłam się z łąki (zostawiłam tam jednak pałatkę, bo zamierzałam tam wrócić). Zjadłam trochę porzeczek z rękawiczki zawieszonej na gałęzi (takie feng shui). Pobawiłam się trochę finką i patykami. Niedługo potem usłyszałam jak nasz podobóz idzie na obiad. Było to łatwo poznać. Głos Asi przedarł się przez kilkaset metrów: „Sagalowe Pole Rzepakowe w dwuszeregu, frontem do mnie – zbiórka!” i późniejszy śpiew „Siała baba mak”. To nie mogło być nic innego jak Hufiec Kęty. 
Moja cisza poobiednia wyglądała w sposób podobny jak przedobiednia. Spanie na łące z mapą na twarzy (bo nie wzięłam okularów przeciwsłonecznych ani kapelusza). W przerwach w spaniu zerkałam na mapę, by wymyślić trasę na Zobowiązanie Instruktorskie dla Asi i wyplotłam dla siebie wieniec z kwiatów polnych i skrzypu.
I tak upłynęło do wieczora. Wieczorem kolacja, tak, z porzeczek (zrezygnowałam z wyciskania soku z pokrzywy). Koło godziny dwudziestej już układałam się do snu. Połowa pałatki na posłanie z gałązek, na to śpiwór, i jeszcze na górę druga połowa pałatki. Po wpakowaniu się do śpiwora widać było tylko moje oczy. Miałam więc świetną okazję do przyglądnięcia się nadlatującym komarom z bliska. Do snu kołysały mnie odgłosy ptaków, brzęczenie komarów i… odgłosy pląsów harcerskich (potem się okazało, że nasi mieli pląsowisko z Wadowicami). Spało się spokojnie, bez specjalnych rewelacji.
O 4:30 zadzwonił budzik w telefonie.
W sumie, nie chciało mi się stamtąd iść (ten jedyny raz byłam tak wyspana na obozie), ale wiedziałam, że od rana musze wrócić do drużyny, bo w końcu z tego powodu zdecydowałam się zacząć wcześniej próbę lasu i uzyskałam na to pozwolenie.
Zwinięcie rzeczy to była chwila, ogarnięcie po sobie obozowiska – druga chwila. Główną konstrukcję jednak pozostawiłam, jakbym miała powrócić później i pokazać – „tutaj byłam”. I po 24-godzinach opuściłam swoje chaszcze, ogarniając jeszcze wzrokiem łąkę i pokrzywy.
Nie skierowałam się jednak od razu do obozu, świt był piękny i rześki – więc spacerowałam jeszcze po lesie. We mgle zobaczyłam małe stadko saren, ale szybko uciekły w dal. Po drodze znalazłam pióra. Wzięłam ze sobą trzy.
I wróciłam do obozu. O godzinie 5:18, wchodząc między namiotami chłopaków. Niezauważona przez wartę (bo siedziała na wartowni i gadała) obeszłam namioty od tyłu i weszłam do kadrówki przez dziurę w burcie.   Omal nie wlazłam w śpiącą na kanadyjce Kaśkę, która miała wtedy służbę. Zrzuciłam pałatkę i siadłam. Naskrobałam wiadomość dla warty („Zagadka dla warty: o której i którędy dh. Hania wróciła z Trzech Piór?”), po czym przeglądałam „Atlas roślin”, by zidentyfikować parę gatunków, które znalazłam na łące. Kiedy Kaśka się obudziła, dałam jej kartkę dla warty.
Potem zaczęłam realizować pierwsze marzenia:
Marzenie nr 1 – umyć się!
Marzenie nr 2 – przebrać się!
Marzenie nr 3 – zjeść coś innego niż czerwona porzeczka!
No i wyciągnąć pięć kleszczy. 
 HannaH

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz